Wywiad ukazał się w Tygodniku Powszechnym Nr 42/2025
Anna Król-Kuczkowska, psychoterapeutka: Fantazjujemy o systemie aplikacji zdrowej diety i rozwoju duchowego, który zapewni nam dobrostan. Ale szczęście polega na czym innym.
Berenika Steinberg: Wczesne chodzenie spać, zdrowa dieta, siłownia, medytacja
– czasem czuję się przytłoczona tym, ile trzeba aktywności, żeby bez wyrzutów sumienia
uznać, iż się o siebie dba. A może ten cały wellness wcale nam nie służy?
Anna Król-Kuczkowska: Zależy, co dokładnie oznacza wellness. Jeśli uznamy, że to dbanie
o siebie, troska o swoje ciało i psychikę – zachęcam z całych sił. Jednak dobrze jest
przyjrzeć się temu, w jakim natężeniu te różne aktywności występują i jaką pełnią funkcję.
Jeśli ktoś chce zadbać o to, aby być jak najdłużej w dobrej formie, to świetnie. Także gdy
ktoś np. cierpi na depresję, może zrobić wiele różnych rzeczy, które z dużym
prawdopodobieństwem pomogą mu czuć się lepiej: wziąć leki, pójść na psychoterapię, ale
dodatkowo podjąć też wellnessowe kroki, jak aktywność fizyczna czy kontakt z przyrodą.
To wszystko będzie jeszcze dbaniem o dobrostan na zasadzie: „chcę czuć się lepiej, bo
czuję się niedobrze”.
Jednak dalej na kontinuum są już działania w stronę ulepszania siebie, realizowania fantazji
o byciu nowym modelem.
Naomi Klein w swojej najnowszej książce „Doppelgänger” pisze: „Dla osoby zdecydowanej na
dokonanie transformacji za pomocą diety i ćwiczeń istnieje bowiem ona sama, w dzisiejszej postaci,
oraz zawsze obecna ta, którą mogłaby się stać (…).Lepsze, inne ja, zawsze niedosięgłe”.
Kluczowe jest tu sformułowanie „zawsze niedosięgłe”, bo próba sięgnięcia ideału jest iluzją.
Jeżeli konsultując pacjenta przed podjęciem psychoterapii słyszę, że chciałby być kimś innym,
inną wersją siebie – bardzo mocno na to reaguję. Jestem przekonana, że nie temu służy
dobrze prowadzona terapia, i w ogóle nie zmierza ona w kierunku stania się przez pacjenta kimś zupełnie innym, niż jest.
Przeciwnie, pozwala człowiekowi odnaleźć się takim, jaki jest, w zdrowszy niż do tej pory sposób,
z całym bagażem często niełatwych doświadczeń i ograniczeń.
Tymczasem popwellnessowe podejście mówi jak w reklamie: „Możesz wszystko, tylko musisz zachcieć”.
A to nie jest prawda. Dwie osoby o tym samym imieniu zostają utożsamione ze sobą. To się zdarza. Ale jeśli ich
zupełnie odmienne poglądy zostają zespolone w jedno spójne stanowisko, jest to już powód
do namysłu.
Powołała się pani na Naomi Klein, a ja nawiązałabym do angielskiego psychoanalityka
Adama Phillipsa, autora książki „Missing Out: In Praise of the Unlived Life”. Twierdzi on, że
każdy nosi w swoim wnętrzu alternatywne, nieprzeżyte życia. Np. ja mogłabym mieć fantazję
o byciu słynną aktorką. I jeśli uznam, że nie istnieją ograniczenia, że powinniśmy zdobywać
w życiu wszystko – będę cierpiała z powodu tego, że nie jestem i najprawdopodobniej nie
będę słynną aktorką. A Phillips mówi, że te nieprzeżyte życia w nas to naturalna ludzka
kondycja. I jeśli nauczymy się z nimi dobrze obchodzić, rozumieć siebie przez ich pryzmat, to
będą one tworzyć nasze bogactwo i budować nas jako ludzi.
W jaki sposób?
Phillips wskazuje na wnikliwe i czułe rozumienie siebie jako człowieka, który nawet jeśli
dobrze ocenia swoje życie, w nieunikniony sposób musiał doświadczyć różnych strat. Np.
wybierając zawód, nie został kimś innym, a zawierając związek, zrezygnował z innych opcji.
Na te straty, czyli nieprzeżyte życia, dobrze spojrzeć jak na rzeczy, za którymi możemy
tęsknić i o nich fantazjować, ale które zdecydowaliśmy się zostawić. Według Phillipsa
wymaga to zbudowania w sobie zdolności kluczowych dla bycia człowiekiem:
przeżywania żałoby, straty, rozumienia, że z pewnych rzeczy w życiu trzeba rezygnować,
godzenia się z ograniczeniami. I uznania, że z różnych powodów nie zawsze spełniamy
swoje, ale też otoczenia czy naszych bliskich, oczekiwania.
Nasze ograniczenia nie zawsze są zależne od nas.
Tak, czasem mamy na nie wpływ, ale bardzo często nie. Bo nieprawdą jest, że wszyscy
mamy równe szanse i wystarczy tylko chcieć, żeby osiągnąć wszystko. Już od wieku
dziecięcego pozycja wyjściowa ludzi diametralnie się różni, począwszy od sytuacji
materialnej – która przekłada się na możliwości edukacyjne i kondycję zdrowotną – aż
po rodzinę, która albo jest psychologicznie zasobna, albo uboga, co przekłada się na
późniejsze zdrowie psychiczne. Tylko że nie zgadza się to z podejściem „bądź szczęśliwy,
możesz wszystko”. W pewnym kolorowym piśmie widziałam kiedyś tytuł
poppsychologicznego wywiadu: „Możesz zmienić wszystko, nawet swoją przeszłość”. Bardzo
bym chciała wiedzieć, jak to się robi!
Co się stanie, jeśli swoich nieprzeżytych, alternatywnych żyć nie spróbujemy
zrozumieć?
Możemy zacząć używać ich przeciwko sobie – np. przerabiając je na niezatrzymywalny pęd
do bycia maksymalnie „najlepszą wersją siebie”. Wtedy często zaczynamy siebie, swoje
ciało, ale też niestety swoich bliskich traktować jak wyczynowy obszar działania, projekt.
Więc zakładamy, że wszystkie życia można przeżyć – przez całe życie, że można szukać
idealnej miłości, chronić się przed rozczarowaniem i frustracją, zaprzeczać upływowi czasu i
zawsze wyglądać jak dwudziestokilkulatek.
Ale co złego jest w dążeniu do bycia najlepszą wersją siebie?
To sformułowanie budzi we mnie nieufność i irytację. Przyjrzyjmy mu się głębiej – co ono
właściwie miałoby znaczyć? Czy to, że cały czas krytykujemy się i zawstydzamy za to, że
najlepszą wersją siebie nie jesteśmy? A jeśli oczekujemy tego od siebie, to od innych
również? Czy inni też mają być najlepszą wersją siebie? Jakim wtedy okiem patrzymy na
ważne dla siebie osoby: partnera, dziecko, przyjaciela? Takim, które się nie potrafi
zachwycić, które cały czas wyłapuje, co by tu jeszcze…?
Wobec zaś samych siebie: co zrealizowanie optymalnego modelu miałoby oznaczać? Że
mielibyśmy być zadowoleni od rana do wieczora? Zawsze pełni pomysłów, chęci i nigdy
nieprzemijającej energii? Znam takie osoby, ale zazwyczaj cierpią one również na różnego
rodzaju trudności – skrajnym tego przykładem są stany maniakalne w chorobie afektywnej
dwubiegunowej, które zresztą często kończą się straszliwą depresją.
Niezwykle ważna w funkcjonowaniu człowieka jest zdolność do przeżywania mniej
„dobrostanowej” strony życia – cierpienia, bólu, rozczarowania.
Tymczasem wellness obiecuje, że kiedy do jakiegoś punktu dobrniemy, to będziemy
szczęśliwi.
Wolałabym jednak czuć szczęście niż ból.
Daniel Haybron, amerykański profesor filozofii badający zagadnienie szczęścia i dobrostanu,
twierdzi, że my – zwłaszcza w zachodniej kulturze – właściwie nie rozumiemy pojęcia
szczęścia. Skłonni jesteśmy myśleć, że to jasno określony stan, który można osiągnąć.
Tymczasem osoby, które określiłyby siebie jako generalnie w życiu szczęśliwe, rzadko kiedy
odczuwają takie mityczne szczęście. Ich poczucie, że jest okej, polega na czymś zupełnie
innym, a mianowicie na doświadczeniu zaangażowania w życie, które to doświadczenie
Haybron nazywa vitality. To przekonanie, że nasze życie jest żywe i wartościowe,
i my jesteśmy w nim żywi i wartościowi. Właśnie owo poczucie witalności, żywotności i dobrego
funkcjonowania w świecie – zarówno z innymi, jak i w swojej skórze – jest tym, co można
nazwać szczęściem. Tylko że to inne szczęście niż takie, o którym mówi tzw.
poppsychologiczny wellness.
W pogoni za dobrostanem raczej nie myślimy o swoim funkcjonowaniu z innymi. W
cenie jest robienie czegoś dla siebie – a nie dla świata czy społeczności. Nawet
budowanie relacji ma przede wszystkim przynieść korzyść nam samym.
To również obietnica poppsychologii – że człowiek idealnie może funkcjonować osobno, że
jest samokszałtowalnym, odrębnym bytem. Odpowiada tylko za swoje uczucia i, oczywiście,
nie ponosi żadnej odpowiedzialności za uczucia innych. Tymczasem to sprzeczne z tym, jak
w rzeczywistości funkcjonujemy – na poziomie psychicznym, emocjonalnym, ale też
neurologicznym. Nasze ciała są niezwykle społecznymi konstrukcjami. Mózg od dawna
nazywany jest wręcz organem społecznym. Potrzebujemy innych, aby móc stawać się sobą,
aby się rozwijać, dzielić radości, ale też ból i nieszczęścia.
„Sądzę, że gdy kryzys klimatyczny się nasila, ziemia pod nami faluje, a wokół nas
płonie, wielu z nas będzie nadal szukać pocieszenia w drobnych aktach
posłuszeństwa, do jakich możemy nakłonić swoje ciało. To przynosi ulgę” – twierdzi
Naomi Klein w „Doppelgängerze”. Czym jest ta ulga?
Mogę powiedzieć, jak ja to rozumiem, odwołując się do wiedzy psychologicznej i
terapeutycznej. Bardzo silne ukierunkowanie u pacjenta na ciało – mam tu na myśli np.
uszkadzanie ciała czy objadanie się – służy niezajmowaniu się emocjami, które mogą być
związane z trudnymi doświadczeniami. A człowiek jest istotą, która musi sobie opowiadać
świat i samą siebie. Gdy np. głodząca się pacjentka anorektyczna z powodu swoich
doświadczeń nie ma dostępu do umożliwiającego to języka – trudno jej powiedzieć, że
czegoś się bardzo bała albo że czuje złość – wtedy polem do snucia opowieści będzie dla
niej własna relacja z ciałem. Będzie starała się je kontrolować, żeby już nigdy nie czuć się
tak bezradną czy tak przestraszoną.
Nie chcę teraz wchodzić w skomplikowane i indywidualne interpretacje terapeutyczne, ale
wydaje mi się, że możemy tę zależność przełożyć na poziom bardziej społeczny
i w analogiczny sposób wytłumaczyć popularność wellnessowych działań ulepszających nasze ciała.
Czyli jak?
Te działania pozwalają nam radzić sobie z poczuciem kruchości świata. Wydarzenia
ostatnich lat bynajmniej nie przynoszą ulgi. Opinia, że w Europie żyjemy w
najbezpieczniejszym ze światów, jest już nieaktualna. I bardzo trudno nam mówić o tym, co
nienamacalne, o naszym lęku i o tym, że niełatwo jest żyć w kruchym
świecie. Schopenhauer powiedział, że człowiek chce wykorzystać swoje życie tak, jakby
dmuchał bańkę mydlaną – stara się, żeby była jak najbardziej okazała, a i tak wie, że ona w
końcu pęknie.
Życie boli, a nieuniknionym ludzkim doświadczeniem jest samotność – nie uciekniemy od
niej, choćbyśmy byli w bardzo dobrych relacjach. To są podstawowe doświadczenia, z
którymi każdy z nas musi umieć sobie radzić i je znosić. I być może w tym tkwi kusząca
obietnica wellnessu. Że można od tego bólu, samotności i dyskomfortu się uwolnić. Jeśli
tylko się wystarczająco sprytnie zorganizuje swoje życie.
Ostatnio na YouTubie wyświetliła mi się znana influencerka, która promowała bardzo
teraz modne adaptogeny, twierdząc, że dzięki nim – jako osoba chorująca na
hashimoto – mogła odstawić lek na tarczycę. Tego typu wellnessowych obietnic
wyleczenia nas z wszelkich dolegliwości jest mnóstwo. Jak nie dać się nabrać i sobie
nie zaszkodzić?
Warto słuchać uważnie tego, co mówią ludzie, którzy działań w obszarze zdrowia –
fizycznego i psychicznego – uczą się od lat i po prostu się na tym znają. Zastanowić się, czy
objaśniacz świata, którego właśnie oglądam na Instagramie, ma podstawy do głoszenia tego,
co głosi. Ale, tak jak już mówiłyśmy, obietnica prostych rozwiązań, które dają iluzję kontroli
wszystkiego, jest naprawdę kusząca i nikt z nas nie jest na nią odporny. Więc filtrowanie i
rewidowanie treści, które do nas docierają, wymaga krytycznej dyscypliny umysłowej.
Proponuję krytyczną optykę szkiełka i oka: nie tylko czucie i wiara do mnie mówią, ale
szkiełko i oko mędrca również – choć czasami to wcale nie jest zbyt ekscytująca
perspektywa. Bo szkiełko mówi: możesz nie wiadomo jak bardzo się chronić, a i tak nie
wiesz, czy na coś nie zachorujesz. Albo: postaramy ci się pomóc, ale nie wiemy, czy nam się
uda. Tymczasem czucie i wiara głoszą: wszystko jest możliwe; nie jedz tego, jedz co innego,
a będziesz zdrowy!
Tworzenie tego typu treści to również sposób na szybką sławę i pieniądze. I ludzie, którzy
wiedzą, jak zbić na tym kapitał – popularności czy finansowy – będą z tego bez pardonu
korzystali. Zresztą co jakiś czas takie historie słyszymy. W inspirowanym prawdziwymi
wydarzeniami serialu pt. „Ocet jabłkowy” jedna z bohaterek z premedytacją sprzedaje
ludziom nieprawdziwe opowieści o zdrowiu, o tym, że nie muszą słuchać lekarzy i
z nowotworu mogą się wyleczyć różnymi niemedycznymi metodami. Taki objaśniacz świata
powie nam, że jeśli tylko będziemy pili jakieś przykładowe soki, wszystko będzie w
porządku.
Jestem bardzo przywiązana do naukowości, do tego szkiełka i oka, ale powiem szczerze, że
czasami, gdy mi się wyświetli jakaś historyjka o tym, że np. tak naprawdę raka bardzo łatwo
wyleczyć – czuję przez sekundę ukłucie: „oj, a może to prawda?”. Bo w umyśle każdego z
nas jest dziecięca część, która tęskni za wszechpotężnym, chroniącym przed zagrożeniami
rodzicem, który wie wszystko. I ta część, jeśli zahaczy o iluzję spełnienia tego
pragnienia, może być bardzo niebezpieczna. Bo nie istnieje żaden wszechpotężny rodzic,
który nas ochroni przed całym złem tego świata – przed chorobami, przed śmiercią czy przed
bólem fizycznym i psychicznym.
Szkoda.
Widzi pani? Fantazjujemy o systemie aplikacji zdrowej diety i rozwoju duchowego, który
zapewni nam szczęście i równowagę. Co oczywiście jest iluzją, bo rozczarowanie i frustracja
są wpisane w ludzką kondycję. A my cały czas próbujemy ich unikać. I właśnie na tej naszej
fantazji wielu guru wellnessowo-zdrowotnych bazuje i z niej korzysta. Obawiam się, że to
handlowanie spokojem i ukojeniem jest bardzo dochodowe. Dlatego dobrze być świadomym,
że każdy z nas ma w sobie dziecięcą część, pragnienie wszechpotężnego, chroniącego
rodzica i że łatwo jest ją obudzić i wykorzystać.
Słyszała Pani o Bryanie Johnsonie?
Kto to taki?
Miliarder z Doliny Krzemowej – w wieku 46 lat rozpoczął eksperyment, w którym chce
doprowadzić swoje ciało do biologicznego wieku osiemnastolatka. Oczywiście czuwa
nad tym cały zespół specjalistów, a Johnson łyka ponad sto suplementów dziennie,
ostatni posiłek je w południe i chodzi spać o ósmej wieczorem. Efekty swoich badań
udostępnia internautom – nie wspominając o kosztujących krocie suplementach –
żeby oni też mogli cofnąć czas. Na zarzuty, że to po prostu świetny biznes albo objaw
lęku przed śmiercią, odpowiada: nie, robię to dla ludzkości.
Ciekawi mnie, w jaki sposób on łączy to, że jeśli ludzie nie będą się starzeć, to będzie im się
lepiej żyło. Dla mnie brak tu oczywistej zależności. Potrafię jednak zrozumieć, że tego typu
objaśnienie świata, łatwe i obiecujące, może blokować w ludziach zdolność do krytycznej
refleksji. Im więcej dokoła nieprzewidywalności, tym większe zapotrzebowanie na takich
opowiadaczy świata, którzy obiecują wytłumaczyć nam, na czym to wszystko polega. Sama
wolałabym raczej się wspólnie zastanawiać i wspólnie nie wiedzieć. Ale rozumiem, że ten
pan ma inną optykę – on twierdzi, że wie, co ludzkości pomoże.
Pani uważa, że człowiekowi nie będzie się lepiej żyło, gdy się nie będzie starzał?
Mam poważne wątpliwości. Chciałaby pani mieć 35 lat przez całe życie?
Doświadczenie 70-latki, a wygląd 35-latki – czemu nie?
Chciałabym, żebyśmy długo dobrze wyglądali, byli w dobrej formie i zdrowiu, ale koncepcja
niedoświadczania upływu czasu wydaje mi się niepokojąca. Zastanawiam się, do czego by to
doprowadziło – świat wypełniliby młodzi, zmęczeni staruszkowie? W tej karkołomnej idei jest
złudna obietnica nieskończoności szans, tego, że zawsze mogę zaczynać od nowa. I nigdy
nie będę miała w sobie tych nieprzeżytych żyć. A starzenie i przemijanie nieustannie nas
przecież z tymi niezrealizowanymi życiami konfrontuje.
ANNA KRÓL-KUCZKOWSKA jest psycholożką, psychoterapeutką i superwizorką Polskiego
Towarzystwa Psychologicznego. Kieruje Pracownią Psychoterapii i Rozwoju Osobistego
Humani w Poznaniu, wykłada w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Pracuje w
nurcie psychodynamicznym, ze szczególnym uwzględnieniem założeń psychoterapii opartej
na mentalizacji (MBT).